0

Mama płacze: „Dwulatek nie chce się ze mną uczyć angielskiego!”

Mój dwulatek, który zwykle nie grymasi i jest bardzo chętny do współpracy – ba, wręcz pali się do robienia czegokolwiek z rodzicami – tym razem zdecydowanie się zbuntował. A przecież nie posadziłam go przy biurku, nie kazałam otworzyć żadnego podręcznika, i rzecz jasna nawet nie pomyślałam o żadnym zagadnieniu gramatycznym.

Usiedliśmy jak zwykle na wygodnej kanapie, otworzyłam książkę – jedną z tych, które Michaś lubi, i zaczęłam czytać i opowiadać… po angielsku. Mały człowiek był wyraźnie zdezorientowany, zamiast oglądać obrazki, przesuwać paluszkiem z jednego obrazka na drugi i wertować kolejne strony, gapił się na mnie, jakbym była kosmitką, aż w końcu zamknął książkę, zszedł z kanapy, pobiegł do półki z książkami i przyniósł inną. A ja znowu ją otworzyłam i jakby nigdy nic zaczęłam czytać – o zgrozo! znowu po angielsku. Reakcja była dokładnie ta sama, tyle że szybsza. No i wyrwał mi książkę z rąk z takim rozmachem, że oberwałam nią w nos.

Co zrobiłam nie tak?

Clifford Busy Week
Clifford was looking for his favourite toy to take along
Clifford looked in the sandbox.
Looking for his toy
Clifford was sad
Clifford in the town dock
Clifford diving
Clifford found his toy

Clifford. Busy Week, czyli książka, którą wybrałam na pierwszą „lekcję”. Pomyślałam, że lepiej będzie wspomóc się czymś, co i tak jest po angielsku, to sytuacja stanie się bardziej naturalna i że łatwiej będzie mi się przełamać i rozmawiać z dzieckiem w tym języku. Nie jest winą sympatycznego psa Clifforda, że nam się lekcja jednak nie udała.

Czy zaczęłam tę naukę za wcześnie?

Raczej nie, a biorąc pod uwagę efektywność przyswajania jakiegokolwiek języka, na pewno nie. Już dobrych kilka lat temu naukowcy przestali twierdzić, że wczesna nauka języków obcych (oraz dwujęzyczność) szkodzi. Teraz mają dowody na to, że warto zacząć już od kołyski. Do siódmego roku życia mózg jest na tyle plastyczny, że jest w stanie poradzić sobie z odróżnieniem oraz imitacją wszelkich dźwięków – a więc wtedy można osiągnąć najwięcej, jeśli chodzi o poprawną wymowę, i to przy najmniejszym albo prawie żadnym wysiłku ze strony samego dziecka. Badania pokazują też, że mózg bardzo korzysta na dwujęzyczności – działa trochę inaczej niż w przypadku użytkownika jednego języka, ale jakby sprawniej (przydałoby się rozwinąć ten temat).

A więc zaczęliśmy zbyt późno?

Wygląda na to, że i tak, i nie.

Z pewnego względu za późno, ponieważ do ósmego miesiąca życia mózg dziecka reaguje z podobnym ożywieniem na wszelkie dźwięki ludzkiej mowy, potem staje się wybiórczy i interesuje się już tylko tymi, które słyszy od opiekunów, ignorując inne (Prof. Patricia Kuhl).

Tak wygląda efektywność przyswajania języka w zależności od wieku:

Efektywność przyswajania języka obcego w zależności od wieku

Prof. Patricia Kuhl. Wykres pojawił się w prezentacji „Niemowlęta, genialni językoznawcy” – całość do obejrzenia na TEDzie

A może przedobrzyłam wprowadzając trzeci język?

Mój synek już od ponad roku doskonale się orientuje, kto mówi do niego w jakim języku. Wie, że ja mówię do niego po polsku, że tata mówi do niego po turecku, oraz że rodzice rozmawiają ze sobą po angielsku (oczywiście nie ma pojęcia, że te języki tak się nazywają). Teraz mi się się oberwie – wyszło szydło z worka! Dziecko już musi sobie radzić z dwoma językami, a tutaj mu się jeszcze dokłada trzeci. Co za dużo to niezdrowo, mama przedobrzyła, nie dzwiwota, że się maluch buntuje. A właśnie, że nic złego mu się nie dzieje. Dziecko w tym wieku i tak musi się tyle o świecie nauczyć, że trzeci język do opanowania to niemalże kropla w morzu tej całej nauki. Dopiero przy czwartym języku dziecko fizycznie nie miałoby szansy na wystarczający kontakt z każdym z nich i nie udałoby mu się osiągnąć sprawności językowej rodowitego użytkownika. Badania pokazują, że aby osiągnąć taką biegłość, dziecko potrzebuje kontaktu z danym językiem przez 30% czasu, który spędza na jawie, nie śpiąc.

Więc dlaczego dostałam książką w nos?

Wszystko wskazuje na to, że przegapiłam moment, kiedy Michasiowi było wszystko jedno, czy mówię do niego po polsku czy po angielsku. Te znajome mamy, które wprowadziły kolejny język wcześniej – mówiąc do dziecka na przykład na przemian po polski i po angielsku – nie skarżą się na żadne bunty. Co więcej – właśnie u dwulatków widzą już efekty swojej pracy i mogą się z nich cieszyć. Trochę im zazdroszczę – że wpadły na ten pomysł odpowiednio wcześniej, że udało im się pokonać wewnętrzny opór, który się pojawia, gdy próbujemy mówić do własnego dziecka w języku, który dla nas też jest drugim językiem, językiem którego nie nauczyliśmy się od swoich rodziców, którego nie wynieśliśmy z domu; jestem pod wrażeniem ich samodyscypliny…

Przegapiłam, zdarza się. Nie jestem jednak z tych, co się łatwo i szybko poddają, więc coś wymyślę i spróbuję znowu.

0

„Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali”

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - okładka Śpiewnik „Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali” jest u nas w użyciu od kilku miesięcy. Jak do tej pory, to jedyna pozycja, która dorobiła się własnego tytułu w języku dwuletniego dziecka, czyli „La-la” – i jest to zarazem czwarte słowo, które mój syn wyraźnie wymawia. Woła „La-la”, wskazując na półkę z książkami albo laptop, z którego odgrywamy piosenki.

„La-la” rządzi! Od razu zajęła wysoką pozycję na liście zabawkowych przebojów Michasia i pozostaje tam do dzisiaj. Synkowi podobają się zarówno ilustracje a la „Elementarz” Falskiego, jak i piosenki w wykonaniu a la folklorystycznym przez dorosłych wokalistów, przy akompaniamencie pianina. Nam też przypadły one do gustu. Oczywiście mały człowiek nie ma pojęcia o istnieniu jakichkolwiek elementarzy, ani o tym że teraz popularne są inne maniery ilustrowania. Nie wie też, jak trudno znaleźć wydawnictwa muzyczne kierowane do dziecięcego odbiorcy, które prezentowałyby podobnie wysoki poziom artystyczny.

Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - KRAKOWIACZEK JEDEN
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - PRACZKI
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - ZIELONY MOSTECZEK
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - KOŁO MEGO OGRÓDECZKA
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - PANIE JANIE
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - ZŁA ZIMA
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - WIELKA WYPRAWA
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - JADĄ, JADĄ DZIECI DROGĄ
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - BAJKA ISKIERKI
Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali - W MUROWANEJ PIWNICY

 

„Lalujemy” sobie od rana do wieczora, z przerwą na spacery. Książka już wygląda na zaczytaną, płyta została odtworzona dziesiątki razy, a dorośli domownicy – mama bez talentu wokalnego i tata, który jest cudzoziemcem i język polski ma opanowany na poziomie A2 – potrafią zaśpiewać z pamięci ponad połowę utworów całkiem dobrze się przy tym bawiąc, a dobra zabawa to przecież podstawa bycia interaktywnym rodzicem. Tutaj pole do popisu i szaleństwa jest naprawdę duże. „La-la” sprawdziła się też w gronie prawdziwych oraz przyszywanych babć i dziadków (oczywiście tych z polskiej strony), co dowodzi, że wybór utworów jest bardzo trafiony. Pozwolę sobie zacytować mojego tatę: „Taka dobra książka, taki kawał wzruszeń, a wy o nią wcale nie dbacie”. Dbamy, dbamy, ale też i pozwalamy synkowi przewracać miękkie strony w poszukiwaniu ulubionych ilustracji lub piosenek. Szczególnie upodobał sobie „Panie Janie”. Potrafi już zanucić „bim-bam-bom” (co brzmi w jego wersji jak mym-mym-mym), no i obserwujemy kolejną wielką fascynację naszego malucha – wieże i dzwony.  Teraz nieustannie wypatrujemy ich w miejskim krajobrazie, no i musimy tłumaczyć małemu człowiekowi, że nie wszystko, co znajduje się powyżej poziomu dachu, jest dzwonnicą. Tłumaczyć trzeba co krok, ponieważ w sensie wizualnym na polskich dachach dzieje się sporo: gąszcz kominów, niezliczona ilość anten o różnych kształtach, mansardy. Teraz widzę, że niechcący skłamałam – w pewnym sensie „La-la” towarzyszy nam również w czasie spacerów.

W śpiewniku znajduje się 50 piosenek. Oprócz ilustracji każdy tekst jest opatrzony zapisem nutowym i chwytami gitarowymi. Niestety, nie gramy na żadnym instrumencie na tyle dobrze, żeby z nich skorzystać, ale tajemnicze znaczki na pięciolinii są dla malucha atrakcją samą w sobie. Czym się to uwidacznia? Ano tym, że widząc nutki w innych okolicznościach natychmiast wykrzykuje „La-la!”

Serdecznie polecam interaktywnym rodzicom:)

„Co babcia i dziadek śpiewali, kiedy byli mali”
Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza Impuls
Wybór i opracowanie piosenek: Katarzyna Zachwatowicz-Jasieńska
Ilustracje: Kazimierz Wiśniak
Wykonawcy piosenek na płycie CD: Katarzyna Zachwatowicz-Jasieńska, Zofia Wilma-Bagniuk, Andrzej Chrostowski, Krzysztof Łyziński
Akompaniament: Maria Maj
Realizacja dźwięku: Tomasz Grubieński